Wypłakałabym się Wam na ramieniu, ale podejrzewam, że nie bardzo interesuje kogokolwiek fakt przytycia znacznego przez moją skromną osobę. I mówiąc “przytycie” nie mam na myśli kilku gramów po obfitym posiłku, ale siedmiu paskudnych kilogramów, które złośliwie odłożyły “mnie” się tu i ówdzie, a z pewnością nie tam, gdzie trzeba. Oprócz przytycia, od ostatniej aktywności blogowej, miało miejsce kilka innych – zdecydowanie – bardziej doniosłych wydarzeń. Na przykład takie, że spaliła się nam kuchnia. Oczywiście, nie sama. Pomogłam jej. I to bardzo. Ale nie rozmawiajmy o tym, ten incydent wciąż wspominam boleśnie i z nerwowym uśmiechem na ustach. Porozmawiajmy o obronach prac magisterskich. Pasuje? Nie? Cóż, to ja tak tylko szybko, że żeśmy się obroniły, a wcześniej osrały ze strachu przed egzaminem.
I już.
- Magda